dididebil na swoim

1418347649437

hej wracam! (po dwóch? trzech? latach)

na prawdę nigdy nie oczekiwałam, że moje marzenie ze studenckich lat nagle stanie się prawdą! niczym carrie bradshaw od 1 stycznia mieszkam na ‚swoim’, a najlepsze jest to, że stało się to pewnego grudniowego wieczoru, po bardzo złym tygodniu i poprzedzającym to bardzo zły listopad, przy stole w manekinie, przy naleśniku z czterema rodzajami sera.

 

zaczęłam się martwić o takie przyziemne rzeczy, które kiedyś były dla mnie większą abstrakcją niż nowy film star wars.

całą ‚szopkę’ przypłaciłam słono zdrowiem, nerwami i kartą kredytową, ale czego się nie robi żeby mieć wieczór dla siebie z ukochanymi serialami, kubkiem herbaty i spleśniałym serem (choć kwestia tego czy jest zielony z natury, czy też zielony z powodu starości jest już odrębną sprawą).

swoją drogą, właśnie wypełniłam regały pachnącymi książkami a yankee candle się błogo świeci. pomimo tych wszystkich przykrości spowodowanych zmianą zamieszkania, dopóki nie zobaczę pierwszych rachunków, będę sobie chwalić ten stan.

powrót do nałogu

mój powrót do nałogu trwał mniej więcej tyle ile rozpoznanie tej subtelnej (acz rozległej) różnicy między KSIĄŻKĄ a ebookiem. celowo nie nazywam ebooka książką, bo po pierwsze ebook jest bezpłciowy i chłodny technologicznie, nie pozwala siebie powąchać ani zagiąć strony, ani nawet pozostawić śladów brudnych palców w najmniej odpowiednim fragmencie, po prostu jest jakiś obcy moim dłoniom, które mają dość zimnego dotyku metalu czy srebrnego aluminium.
z początku jednak ebook mnie oczarował, albo może lepiej ‚zaczarował’ (jak zła czarownica) jako technologiczna nowinka, która pięknie się błyszczy i podświetla w nocy, a do tego ma multum dodatków jak kolorowe podkreślacze, opcję szukania i zaznaczania ulubionych stron. na potęgę używałam kolorowych zakreślaczy które udowadniały mi raz po razie, że ebook to doskonalsza wersja wyświechtanej książki rzuconej w kąt i nigdzie nie zabieranej z powodu swoich gabarytów i ośmiocyfrowych stron.
ale mniej więcej przedwczoraj zrodził mi się w głowie pomysł doczytania, a może to było swojego rodzaju łaknienie? zapragnęłam czegoś solidnego potrzymać w dłoni, powąchać i dotknąć szorstkiego papieru i od razu wpadłam w nałóg.
skończyłam dwie książki, jestem w połowie trzeciej i zamówiłam już następną, na którą z utęsknieniem czekam, jakby za narzeczonym który wypłyną w morze.
planuję rozpocząć tak długo odkładaną przygodę z tak znienawidzonymi klasykami, z orwellem, z dostojewskim, z nabokovem czy dickensem. kiedyś uciekałam od tytułów wydrukowanych na śnieżnobiałych stronicach spisu lektur, i mimo że nie sądzę, że kiedykolwiek wrócę do ‚krzyżaków’ czy ‚quo vadis’ to nabokov zaczął mnie zachwycać, a dickens zatrważać prostotą.
w kerouacu się zakochałam, a jego listy z ginsbergiem są kopalnią cytatów i odnośników kulturalnych (i pewnie z tego względu przebrnięcie mi przez ‚listy’ zajmuje więcej niż przez ‚buszującego w zbożu’) które może kiedyś spiszę i będę do nich wracać w tych chwilach gdy wszyscy już wyzwą mnie od głupków i nieuków.

tak naprawdę to tylko pretekst powrotu do refleksji i narzędzia jakim jest blog.
można kłamać sobie ile wlezie, ale po którym kłamstwie staje się to prawdą? i ile tak naprawdę można sobie wmawiać istnienie czegoś, co już dawno wyparowało?
tytułowy nałóg nie dotyczy tylko tego piśmiennego, zaczynam powoli zauważać schemat swoich destrukcyjnych zachowań i właśnie wkraczam w następny powtarzalny krąg wydarzeń.
człowiek nie uczy się na błędach, tylko za każdym razem stara się wypróbować inną opcję. ot taka ludzka ciekawość.

zastygłe wspomnienia

będąc jeszcze w większej dupie niż zwykle (tak,to możliwe!)
wzięło mnie na wspominki.

usilnie próbuję się odlukrować po tych wszystkich wspomnieniach podrasowanych niczym do komedii romantycznej.
czy ja właśnie stworzyłam scenariusz filmowy? czy gram w nim główną rolę?
zaprawdę nie mam słów na moją beznadziejność, niepoprawna romantyczka, kurwa mać!

nie ma happy endu, nie wygrywa się w lotka ot tak, bo się chce nowe buty na koturnie
nie spadają gwiazdy z nieba bo ma się w zanadrzu życzenie i się człowiek boi że je zapomni
nie produkują dżinsów idealnych, a już na pewno nie na moją kaczkowatą figurę
i absolutnie nie można wierzyć w żadną komedię romantyczną gdzie film urywają dopiero wtedy jak mają zacząć się problemy

ot, moje przemyślenia.
realistki
ta druga umarła

dzień, zwykły dzień

nawiedzają mnie bezsenne noce. chociaż nie wiem czy one mogą nawiedzać.
a może to głos damiena rice’a, albo nory jones budzi mnie późnymi wieczorami i zmusza do refleksji.
nic nie jest takie jakie było rok temu, wczoraj, sekundę wcześniej.
porządkuję swoje zdjęcia i wydaje mi się, że patrzę na zupełnie innego człowieka.

deszcz na twarzy
czarno biały film komedia
ludzi w kinie tłum

nie.

podobno nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
a co jeśli chce się tylko ochlapać tą krystalicznie czystą wodą? opłukać twarz i umyć ręce? czy to już się liczy jako ‚wchodzenie’ czy może tylko jako szybki przystanek?
gdyby tak zamknąć wszystkie znaki zapytania w mojej małej główce nie urosłaby ona ani o milimetr. tyle ich tam teraz jest,że parę milionów w tę, czy wewte nie robi mi różnicy.
nigdy nie mów nigdy, mój światopogląd przewrócił się do góry nogami.
nic nie jest takie samo jak rok temu.
nikogo nie kocham

?

czasem się porywamy z motyką na słońce.
chcemy coś zrobić, choć wiemy, że tego nie zrobimy. chcemy kimś być, choć wiemy, że i tak się na to nie zdobędziemy.
czasem nasze marzenia pękają jak bańka mydlana, czasem kropla deszczu dostaje nam się do oka i udaje naszą łzę. bywa też tak, że potrafimy godzinami siedzieć z nogami założonymi na stół i rozmyślać i gdybać i dłubać w głowie, przewracać oczami i włosami.
ale to nie zmienia faktu, że porywamy się z motyką na słońce, w płaszczu przeciwdeszczowym na mróz, w kąpielówkach na grad, i tak dalej.
ciężko być realistą, ale mnie chyba dopadła ta chandra, ta chęć bycia realistą, patrzenia na świat pt ‚szklanka zapełniona wodą’, a nie żadna ‚do połowy pełna’ czy ‚pusta’. skoro nie ma wróżek chrzestnych, świętych mikołajów ani zajączka wielkanocnego, nic mi już nie przeszkodzi patrzeć na świat w taki sposób, w jaki patrzy na niego zwykły szaraczek, który po 8 godzinach pracy wraca zmęczony do domu i marzy o ciepłych kapciach i wygodnym obiedzie.

parę dni temu uświadomiłam sobie, że tylko dziecko reaguje płaczem, gdy nie dostanie to, czego pragnie. czemu więc ja się tak zachowuję? budzę w sobie jakieś pierwotne uczucia, jakąś chęć bycia zauważoną, docenioną, po prostu ważną. dobrze jest się czasem wypłakać w przyjazny mi rękaw, ale na dłuższą metę nic dobrego z tego nie wyrośnie. tylko rozkapryszona żyrafa.
czasem porywam się z motyką na słońce. tak jest i teraz. bo jak tu uwierzyć, że wszystko jest tak chłodno oszacowane i realnie wyliczone? jak tu uwierzyć, że wszystko jest wytworem spontaniczności, poddane chwili? nigdy, przenigdy w to nie uwierzę! zaklinam się na wszystko – moje życie to na pewno nie jest suma wyliczonych wydarzeń, wszystko jest po prostu realnym przypadkiem.

fiku miku na patyku.

obrót o 360 stopni każdego dnia. coś jak rollercaster bez trzymanki, jak saper w robocie, jak nocne bieganie po lesie.
czasem brak mi tchu, czasem się potykam.

jeju jeju czarodzieju, znów mi podskoczyło ciśnienie i to nie przez czekoladę.

(robię sobie wakacje od życia)

dekalog

10 głupich zasad, w które ślepo wierzą faceci (czyli 10 wskazówek by skutecznie zniechęcić kobiety i na zawsze pozostać kawalerem)

1. ‚nie da Ci ojciec, nie da Ci matka. tego co może dać Ci.. Twój najlepszy kumpel’. tylko od kumpli można otrzymać dobre rady i wsparcie, a pijackie balangi są z nimi najbardziej szalone i (nie)zapomniane. są jak druga rodzina, nie da się bez nich obejść, a ich zdanie jest najważniejsze. z tej okazji są czczeni niczym święte krowy w indiach. dup można mieć wiele, ale kumpli ma się tylko jednych i tego trzeba się trzymać, drodzy panowie. (nic dziwnego,że jest coraz więcej kawalerów, którzy zastosowawszy się do tej cudnej rady, znaleźli się po czterdziestce z ręką w nocniku i z pustym zimnym łóżkiem)

2. ‚zdrada nie jest zdradą, gdy wydarzy się sto kilometrów od ukochanej’ – ależ skądże! gdy minie się magiczną setkę, wszystko jest możliwe. orgie, balangi i sylikonowe panienki – raj na ziemi. przecież nie zdradza się ukochanej z najbliższą sąsiadką lub kuzynką mieszkająca tuż przy jej domu (no chyba,że wydarzu się to powyżej stu kilometrowej granicy). a Ty głupia myślałaś,że on puka jakąś blond sekretarkę w swoim biurze. skądże by znów. wprawdzie sekretarkę to on pewnie puka, ale 100 kilometrów od swojego biura. bo wtedy,to nie jest zdrada.

3. ‚odezwę się później oznacza wprawdzie,że się odezwę później, ale nie jestem ograniczony czasowo’ dzwoni misiek i słodkim głosem oznajmia że zadzwoni później bo teraz nie może blablabla. i tak potem Ty głupia gąsko siedzisz przy telefonie namiętnie wpatrując się w wyświetlacz i podskakując przy najcichszym dźwięku. albo naskrobał esemesa że tęskni i odezwie się później, bo ważne sprawy (kumple, piwo,oglądanie się za dupami) i nie może teraz rozmawiać. a Ty się gupia cieszysz,że napisał,że myśli o Tobie i ‚oh jeju jaki mój misiek zajęty, a znajdzie czas,żeby się odezwać’. czekasz godzinę, dwie, trzy, czteranaście,a telefon ani drgnie. bo facet nie jest ograniczony czasowo i Ty powinnaś o tym wiedzieć. później oznacza później,ale kiedy dokładnie to nawet on nie wie jeszcze.

4. ‚jedno piwo (z kumplami) dziennie to nie jest alkoholizm, ja po prostu muszę się odstresować’ głuptasie, jeśli szukasz w swoim mężczyźnie zalążek alkoholizmu,to jesteś w błędzie! coś takiego nie występuje u płci przeciwnej. on musi pić, bo zupa była za słona, bo matka marudziła, bo był korek i ten palant z bmw go wkurzył. po ciężkim dniu pracy/lenistwa wszystko go denerwuje. nawet to,że masz czelność go spytać jak mu minął dzień. człowiek musi się odstresować, wolałabyś żeby odstresowywał się w inny sposób? nie? no i masz rację. nawet codzienne piwko ma same zalety – rozluźnia, odpręża, pozwala zapomnieć o bożym świecie. no i przede wszystkim o Tobie, bo przecież to kobiety najbardziej mężczyzn wkurzają.

5. ‚rozbieranie wzrokiem innych kobiet i fantazjowanie o nich w łózku jest spoko (za plecami swojej kobiety)’ każdy to robi. jego kumpel,wujek,ojciec. wszyscy faceci tak mają i już. to po prostu genetyczne i nic nie da się z tym zrobić. faceci tak muszą,bo są już tak uwarunkowani. nie żebyś ich nie kręciła, ale od czasu do czasu wolą pomarzyć o tej sylikonowej farbowanej flądrze, niż o prawdziwej kobiecie,która leży obok nich w łóżku. sorry bejbe, nic się nie da z tym zrobić.

6. ‚kwiaty kupuje się tylko z przymusu, zwykle na pogrzeb lub wesele, ale swoją kobietę nie można rozpieszczać zielskiem (bo jeszcze się nie daj Boże przyzwyczai)’ faceci nigdy nie zrozumieją co kobiety widzą takiego w zielsku. przecież to ani ładne,ani pożyteczne, trzeba wyrzucić po 2dniach w wazonie. po co ta cała szopka i tyle kłótni ‚bo ty mi nie kupujesz w ogóle kwiatów!’ bez sensu wydawać dychę na jakąś czerwoną różę która zaraz uschnie i wyląduje w śmietniku. kwiaty kupuje się tylko na pogrzeb lub wesele, chociaż faceci też za bardzo nie wiedzą czemu. zielsko,to zielsko, powinno rosnąć w ziemi i tam zostać.

7. ‚melanże z kumplami są wykurwiste (lecz tylko bez własnej kobiety – po co ma zrzędzić i mendzić)’ pierwsza zasada melanżów –
własna kobieta nadaje się tylko do prac w domu a nie na melanże! bo po co ma pilnować, kłócić się i robić sceny zazdrości. lepiej niech o niczym nie wie i śpi sobie błogo w we własnym łóżku, a facet niech baluje i korzysta z życia (a jak już balowanie,to wiadomo że z kumplami)

8. ‚seks przed/podczas/po kłótni jest spoko, tym bardziej,że nie trzeba się zbytnio uzewnętrzniać i przepraszać (jakby to była moja wina)’ seks jest odpowiedzią na wszystko. dużo mówić nie trzeba,trochę pojęczeć i pomruczeć i można spać. idealne antidotum na jakiekolwiek bezsensowne kłótnie z kobietą. bo znowu się czepia,że facet za późno wrócił,że nie zadzwonił,że ogląda się za innymi zamiast patrzeć na nią,że nie chce po sobie sprzątać – i inne nieważne głupoty. po co tyle szumu? wystarczy trochę seksu,a facet już leży na drugim boku i smacznie śpi. i ma poczucie spełnionej misji (on – zawsze)

9. ‚nie trzeba słuchać uważnie kobiety, bo ona i tak w kółko powtarza to samo’ kobiety ciągle marudzą,że brzydko wyglądają,albo że od rana są na nogach i je wszystko boli,albo inne głupoty, których faceci po prostu nie mogą słuchać. nie chce im się po raz setny komentować,że nie kochanie,nie wyglądasz brzydko,ale lśniąco i powabnie. zresztą jaki jest w tym sens,skoro kobieta zaraz znowu będzie marudzić na wielkość swojego tyłka. lepiej jej to powiedzieć raz na ruski rok, jak już będzie na skraju cierpliwości, niż powtarzać to dzień w dzień. poza tym komplementy na pewno wymyśliła kobieta. faceci w życiu by nie wpadli na to,że ciągłe powtarzanie komuś, jaki jest ładny i zgrabny, jest miłe i potrzebne! nie rozśmieszajcie mnie.

10. ‚ja mam prawo wychodzić, bawić się, oglądać za innymi kobietami i masturbować się przy filmach porno, ale Tobie tego absolutnie NIE WOLNO!’ zapamiętaj to sobie kobieto, bo to jedna z najważniejszych męskich zasad. co wolno wojewodzie,to nie Tobie smrodzie!

pe es od autorki – tych zasad jest o wiele więcej,ale są zbyt drastyczne i głupie,by je wszystkie wypisać. zresztą zapewne każda kobieta doskonale je zna. (ideologia mężczyzn praktycznie się nie różni, więc każda kobieta jest świadoma tych głupich męskich zasad)

.

jestem niepotrzebnym odpadkiem, prezentem, którego nikt nie chce, zapomnianym zdjęciem z zeszłego roku, zeschniętym sernikiem schowanym w piwnicy.
czuję się tak za każdym razem kiedy liczę na telefon, na jakąkolwiek formę odzewu, a dostaję w zamian suche pożegnanie i poczucie,że nic nie znaczę.
przepłakałam pół nocy chowając się pod kołdrą i wiercąc się z boku na bok, starając się znaleźć swoje miejsce na ziemi. po 3 dałam za wygraną i postanowiłam skapitulować; opanował mnie sen o uzbrojonych robotach, o zamknięciu w chatce w lesie z jakimś kolesiem, którego w ogóle nie znałam, o ucieczce i o odjeżdżającym zielonym seacie gdzieś w stronę słońca, kiedy ja uciekałam przed robotami.
chciałam to wszystko sprawdzić w senniku, dowiedzieć się co mi się przydarzy,ale jak się dobrze zastanowić to sens jest oczywisty jak suma dwóch dwójek.

nie mam już siły płakać. kapituluję.
idę spać.

untitled

słabość do  s a m o d e s t r u k c j i
podkrążonych oczu po całej nocy płaczu
mało zabawnych komedii na comedy central
telefonów o pierwszej w nocy
butelki wody przy łóżku
nic nie robienia
zadręczania się

niechęć do  u z a l e ż n i e n i a
rozmazanej kredki pod okiem
książek o miłości
opóźnionych wiadomości na gg
lemoniady z kartonika
biegania po schodach
zadręczania się

nic nie jest tak 'na prawdę'


  • RSS